Na co dzień jestem alegorią skromności i powściągliwości, ale są takie sfery, w których – musimy to sobie głośno powiedzieć – jestem zajebista. Zresztą, jeśli czytaliście tego posta , jeśli śledzicie nasz podróżniczy profil @wedrowneplemie na Instagramie, jeśli widzieliście mnie w akcji, to i tak już wiecie: organizuję wybitne wycieczki. I wybitnie nie udaje mi się ich opisywać na bieżąco.
Jako matka zawodzę na wielu frontach. Długo by wymieniać te wszystkie słodkie płatki śniadaniowe, ogłupiające filmiki na YouTube, pominięte dawki ważnych leków ( chyba nie umrze, jak mu raz nie dam... ), rzucane znad ekranu komórki teraz nie mogę, synu (...bo gram w diamenty) , wciąganie odkurzaczem LEGO gdy dzieci nie patrzą, wycieranie podłogi w łazience ich ubraniami oraz niezliczone, NIEZLICZONE razy, gdy grzeszyłam nie tylko uczynkiem, nie tylko moją soczystą, polską mową, ale przede wszystkim myślą. Międzygwiezdna Sprężyna do Wystrzeliwania Dzieci w Kosmos jest w mojej wyobraźni dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Jednakowoż... jest jedna rzecz, która wybiela mnie w moich własnych oczach. Gdy o niej myślę, widzę siebie jako supermatkę: w nimbie chwały, z powiewającą na wietrze karminową peleryną i szczerozłotą koroną na głowie. Bo otóż, moi drodzy, otóż ja... Organizuję zajebiste wakacje.
Szczerze mówiąc, nigdy się specjalnie o taką podróż nie prosiłam. Spośród dziesiątek ciekawych wakacyjnych destynacji raczej nie wybrałabym Skandynawii, ba - nie wybrałabym zagranicy w ogóle, bo od kilku lat jestem prawdziwą turystką-patriotką. W zeszłym roku przejechaliśmy Polskę od Helu po Dolny Śląsk, tym razem chciałam wybrać się na Roztocze lub do Borów Tucholskich...


